Królestwo niebieskie

Tytuł: Królestwo niebieskie
Tytuł oryginału: Kingdom of Heaven
Data premiery: 6-05-2005
Reżyseria: Ridley Scott
Występują: Jeremy Irons
Liam Neelson
Orlando Bloom
Eva Green
Edward Norton



Królestwo niebieskiej bzdury
Kiedyś, w zamierzchłych czasach, które rzadko kto jeszcze pamięta, Ridley Scott był bardzo przyzwoitym reżyserem. Nie ma chyba lepszego filmu science-fiction, niż jego „Blade Runner” i bardziej obiecującego pilota serialu niż „Obcy - ósmy pasażer Nostromo”. Rękę mistrza czuć było w każdej sekwencji tych filmów, w narastaniu napięcia, w budowanym cierpliwie, kadr po kadrze, nastroju filmu.

Niestety nagle z Ridleyem Scottem zrobiło się coś złego. Postanowił się zająć kinem historycznym, ale w taki sposób, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że historia zajmuje się odtwarzaniem rzeczywistych zdarzeń, a nie opowiadaniem ciekawych historii na poziomie percepcji przeciętnego Amerykanina, i że manipulowanie nią jest zawsze groźne. Być może nikt mu po prostu nie powiedział, że nim zabierze się do poprawiania historyków, powinien najpierw poczytać Orwella.

Pierwszym znakiem, że coś jest z Ridleyem Scottem nie tak, był „Gladiator”, smutna szmira nakręcona z epickim rozmachem, pozostająca w - hmmm - luźnych związkach z historią Rzymu. Jedynym trwałym skutkiem tego filmu, oprócz rzecz jasna zaszczepienia całemu pokoleniu głębokiego i całkowicie błędnego przekonania, że cesarz Kommodus zginął na arenie cyrku, jest specyficzny sposób filmowania scen batalistycznych, jakby (a) kręcone były kamerą wideo i odtwarzane na niezbyt wydolnym komputerze (obraz zacina się wtedy od czasu do czasu) oraz (b) tak, aby niewiele było widać. Kwintesencją tej drugiej wytycznej była scena bitwy pod Arbelami w „Aleksandrze” Olivera Stone'a, ukazująca niemal wyłącznie wielką chmurę kurzu - obraz niewątpliwie realistyczny, choć nieco chyba mało widowiskowy.

Od czasu „Gladiatora” Ridley Scott nauczył się niewątpliwie jednego - scenariusz dotyczący wydarzeń historycznych powinien pozostawać z nimi w przynajmniej pobieżnej zgodzie. Stąd samej historii Ziemi Świętej niewiele można zarzucić - w sumie najgorszym zabiegiem było całkowite wyrzucenie z akcji filmu młodszej siostry Sybilii, Izabeli, którą kilkakrotnie wydawano za mąż i rozwodzono po to, by pozbyć się z tronu Gwidona Lusignana. Można od biedy zrozumieć, dlaczego scenarzysta zrobił coś takiego - druga, zdecydowanie ciekawsza, bohaterka mogła zaszkodzić jego wizji - tyle, że w zamian zafundował nam straszliwie płytki i mało prawdopodobny romans królewny z kowalem. Twórcom filmu zabrakło jednak jeszcze czegoś innego: świadomości, że ludzie średniowiecza nie zachowywali się tak jak my, ponieważ nie myśleli tak jak my. Co innego było dla nich ważne, inne były konwencje epoki, inny sposób wyrażania uczuć, inne poczucie czasu i przestrzeni, inna stratyfikacja społeczna. Poglądy, jakie prezentuje główny bohater Saladynowi na temat Jerozolimy nie byłyby w średniowieczu postępowe - po prostu nie mogłyby zostać wyrażone, ponieważ nie mieściły się w ówczesnym pojmowaniu świata. Ani nie było wówczas możliwe odrzucenie religii w ogóle, ani uznanie, że wszystkie religie są równe i mają takie samo prawo do Świętego Miasta. Religie traktowano mniej więcej (choć to bardzo ułomne porównanie) tak, jak obecnie demokrację: są wprawdzie inne ustroje, ale WSZYSTKIE SĄ GORSZE, PONIEWAŻ DEMOKRACJA JEST NAJLEPSZA. Koniec i kropka. Nikt nikomu nie musi niczego udowadniać, bo to aksjomat, a istnienie państwa bez ustroju nie jest przecież możliwe. Ibelin Scotta nie jest nawet heretykiem w rozumieniu średniowiecza - on po prostu nie jest człowiekiem tej epoki, tylko sztucznym tworem rodem z amerykańskiej demokracji. Takim smutnym Bushem w kolczudze. Zresztą w filmie rozsianych jest wiele kluczy, że właśnie w ten sposób należy traktować tę postać. Oto bowiem mamy kowala, który znienacka dziedziczy posiadłość w Outremer. Z niewiadomych przyczyn potrafi on czytać i pisać (czego nie potrafili wówczas nawet królowie), a choć nie ma zielonego pojęcia ani o wojnie, ani o sztuce oblężniczej, ani o uprawie roli, we wszystkich tych dziedzinach okazuje się mistrzem znacznie ponad standardy reprezentowane przez swych średniowiecznych towarzyszy. Szczególnie rażący jest tu przykład studni - jego ojciec-debil ileś lat uprawiał wyschniętą ziemię i do głowy mu nie przyszło, że można wykopać studnię, chociaż posiadłość znajdowała się w oazie! Tymczasem realia Outremer były dokładnie odwrotne - to pulanie znali ten kraj i potrafili w nim żyć, natomiast przybysze z Europy zachowywali się tu jak całkowicie pozbawieni wyczucia i podstawowej wiedzy idioci.

Mamy więc film prezentujący płaski romans pomiędzy kobietą, która nie może się zdecydować, czy chce być wampem czy Ofelią i ponurym przybyszem z innej epoki (specjalnie sprawdzałam, Orlando Bloom nie uśmiechnął się w tym filmie ani razu) osadzony w realiach Ziemi Świętej czasów krucjat. Rzecz jasna żaden tani chwyt nie mógł nam zostać darowany - chociażby to, że skoro chory na trąd król nosi maskę, to z całą pewnością czeka nas zbliżenie jego zniekształconej twarzy. Najzabawniejsza była w sumie kulminacja filmu, czyli oblężenie Jerozolimy. Ridley Scott przystąpił do jej przedstawiania z typowym dla Holywood rozmachem, ale ponieważ jest to reżyser (mimo wszystko) nie pozbawiony inteligencji, szybko odkrył prostą prawdę, że oblężenie to dla widza z zewnątrz bardzo nudne przedsięwzięcie i że niewiele rzeczy można tak naprawdę pokazać: oblegający strzelają w mury, obrońcy strzelają w oblegających, od czasu do czasu następuje szturm, albo wycieczka za mury i to w zasadzie wszystko. Straszne nudy na dobrą sprawę, a ciągnąć się mogą i przez dwa lata. Akurat przy tym oblężeniu nikt nie strzelał głowami jeńców, więc pewien malowniczy aspekt sceny został bezpowrotnie utracony. Scott spróbował zatem poprawiać sztukę oblężniczą epoki i Saraceni strzelają w mury czymś, co wybucha z taką siłą, że trzęsie się całe miasto. Otóż w tym okresie nie znano jeszcze prochu ani armat: strzelano z balist, trebuszy albo mangoneli, czym się tylko dało - dużymi kamieniami, zaostrzonymi palami (ale to nie w Outremer, bo tu nie było lasów), głowami jeńców, generalnie co tylko było pod ręką. Niestety, żadna z tych rzeczy nie wybucha pod wpływem uderzenia. Jedyne, co ewentualnie mogło wybuchnąć to pakuły nasączone ropą naftową, ale nie sądzę, aby pod wpływem czegoś takiego zatrzęsły się mury. Aby spowodować podobny efekt, należało podkopać się pod fundamenty, a następnie podpalić drewniane stemple podkopu, równocześnie strzelając z całych sił - mury zapadałyby się w wykop, chwiejąc się wcześniej spektakularnie. Ale nam niestety podkopów nie pokazano.

Biedny Ridley Scott. Najwyraźniej sfrustrowany niewielkim potencjałem tkwiącym w oblężeniu zakończył je znienacka i ni w pięć, ni w jedenaście, po czym cichcem zakończył i cały film. Ale nie mógł sobie darować - ani on, ani jego scenarzysta - w związku z czym w ostatniej scenie pojawia się (jak zwykle we wszystkich filmach o krzyżowcach albo Robin Hoodzie), z przyczyn nijak nie uzasadnionych przebiegiem akcji, Ryszard Lwie Serce. Powinni byli zatrudnić do tej roli Seana Connery'ego. Ma już wprawę w tym epizodzie.

Ciekawe swoją drogą, czy Ryszard Lwie Serce pojawiłby się również w filmie o zajęciu Konstantynopola przez Czwartą Krucjatę, albo o oblężeniu Damietty przez Ludwika Świętego? Zapewne tak. To taka nowa amerykańska tradycja.

Być może błąd tkwi gdzie indziej. Być może po prostu Amerykanie nie rozumieją historii świata, ponieważ właściwie nie mają własnej? Może to jest tak, że nie potrafią się cofnąć pojmowaniem poza wiek osiemnasty? W końcu o własnej historii kręcą filmy oparte na faktach... Mam takie wrażenie, jakby traktowali historię Europy jako garść niepotwierdzonych legend, ponieważ w ich własnych dziejach nie ma epizodów, które należałoby rekonstruować mozolnie na podstawie ledwie istniejących źródeł.

Chyba najlepsze podsumowanie stosunku Amerykanów do historii dał Clemenceau. Jak opowiada Lloyd George w swych pamiętnikach, podczas konferencji wersalskiej po pierwszej wojnie światowej prezydent Wilson nie mógł zrozumieć istoty pretensji Francji do Alzacji i Lotaryngii, ponieważ, jak stwierdził, od ich utraty minęło już bardzo wiele czasu, bo aż sto lat. Na co premier Francji: „Istotnie, sto lat to bardzo długi okres czasu w historii Stanów Zjednoczonych”.

I Amerykanie tak się właśnie zachowują, ponieważ ich perspektywa historyczna jest bardzo krótka. Wszystko co ważne, zdarzyło się nie dalej jak 300 lat temu. Jeśli patrzy się na dzieje świata z takiego punktu widzenia, istotnie niewiele można z nich zrozumieć. Tylko czy trzeba się w związku z tym od razu kompromitować na taką skalę i za takie pieniądze? Nie lepiej nakręcić kolejny komiks? Tego przynajmniej nikt poza Ameryką nie zrozumie....

Warszawa, maj 2005